Monthly Archives: Marzec 2015

Moja historia znajomości z piwem

Każdy, kto pije piwo, miał swoje początki. Niektórzy pozostają już na zawsze przy tym, z czym się zetknęli po raz pierwszy, ja jednak na przestrzeni czasu zmieniałem swój gust i próbowałem coraz to nowych rzeczy. Powstawały też nowe browary i nowe piwa. Postanowiłem opisać moją historię, w której powiem, jakie piwa piłem kiedyś, a jakie teraz i jak przebiegały zmiany w moich preferencjach. Czyli jak z konsumenta koncerniaków stałem się piwnym hipsterem…

DSCF8405Moje początki były podobne, jak u większości ludzi, czyli popijanie piwa ze znajomymi w czasach licealnych (około 10 lat temu) i czasami z rodziną na grillach. Piło się wtedy najzwyklejsze koncerniaki, takie, jak Perła, Żywiec, Tyskie, Warka i (o zgrozo) Tatra. Ta ostatnia była tak paskudna, że często miałem problem z przełknięciem tego podłego płynu, w szczególności, gdy piło się prosto z puszki na dworze. Nie wiem czemu, ale piwo na świeżym powietrzu pite z puszki zawsze smakuje paskudnie. No mniejsza z tym… Piwo wtedy niezbyt mi smakowało, ale co się dziwić, skoro piłem tylko takie… Nigdy też nie upijałem się piwem (ani innymi alkoholami) do nieprzytomności, bo to nie mój klimat i nie mój cel. Po prostu tak do towarzystwa, przy ogniskach, grillach i u znajomych. Bez większego zastanowienia.

Pewnego razu, w osiedlowym sklepie zauważyłem piwo, które nazywało się Żywe. Na etykiecie napisano, że jest niepasteryzowane, ma w sobie żywe drożdże i w ogóle jest jakieś mega naturalne. Wow! Postanowiłem, że spróbuję. Kupiłem, skosztowałem, ale… nie smakowało mi. Było strasznie mdłe i mulące, dość słodkie i trudno było je dopić. (Kilka lat temu przetestowałem ponownie i nic się nie zmieniło). To było moje pierwsze piwo niekoncernowe, inne od tych wszystkich jasnych eurolagerów. Jednak nie zraziłem się i postanowiłem poszukać więcej takich ciekawostek.

DSCF8411Pamiętam też swojego pierwszego Hefe-Weizena. Był to oczywiście Paulaner, bo w tamtych czasach raczej nic innego w normalnych sklepach nie było. To dopiero mnie zaskoczyło! O wiele bardziej, niż Żywe. Dziwne, drożdżowo-bananowe, słodkawe, a wygląd tegoż piwa był szokujący dla wszystkich, którzy je zobaczyli. Że takie mętne, pewnie zepsute, ale nie, mówiłem, to takie ma być! A jakie dobre! Drugim Weizenem był również niemiecki Valentins kupiony w dyskoncie Plus (obecnie tych sklepów już chyba u nas nie ma) i był nawet lepszy, niż Paulaner. Pamiętam, że piłem go w wigilię, jakoś około roku 2006-2007. Czasy Żywego i Weizenów były też okresem, kiedy próbowałem pierwszych piw ciemnych, a wśród nich był Koźlak z Amberu (który bardzo mi wtedy smakował) oraz Okocim Palone (dzisiaj już go nie ma).

DSCF8395W latach 2007-2008 często jeździłem do Lwowa (byłem tam wtedy około 10 razy) i wtedy to właśnie zachwycałem się ukraińskimi piwami. Do Polski wracałem zawsze z plecakiem wypełnionym piwem, który był tak ciężki, że ledwo go niosłem. A dlaczego akurat ukraińskie piwo? No cóż, muszę przyznać, że było dużo lepsze, niż polskie (koncernowe). Te lagery, które w sumie też były koncerniakami, miały w sobie więcej smaku, nie były tak puste i wodniste (ozywiście nie wszystkie, tylko takie lepsze). Hitem dla mnie był wtedy Obołoń. Wszystkie piwa z tego browaru bardzo mi smakowały, a najlepsze było Soborne i Premium. Miały fajny chmielowy posmak, którego nie znajdowałem wtedy w żadnym polskim piwie. Poza tym, zdarzały się ukraińskie piwa pszeniczne, które również przypadły mi do gustu. Nigdy natomiast nie zachwycałem się Lwiwskim albo Sławutyczem, bo to były raczej właśnie sikacze podobne do naszych. Jednak pamiętam też jedną fajną markę piw ukraińskich, które warzył Obołoń, a były to piwa Desant. Najlepsze było najmocniejsze, Desant Specnaz. Było słodkie i przypominało trochę Warkę Strong. Poza tym miało bardzo fajną etykietę. 😀

DSCF8401Jednak w Polsce też były wtedy dobre piwa (jak na tamte czasy). Wspomniane przeze mnie Weizeny i Koźlak dawały radę. Pamiętam też, że piwem, którego poszukiwałem był Zwierzyniec Premium. Bo trzeba wiedzieć, że browar w Zwierzyńcu, jeszcze ten stary, który wtedy działał, warzył dwa rodzaje piwa. Normalny Zwierzyniec Pils w charakterystycznych, małych butelkach z żółtą etykietą i wysoką szyjką oraz Zwierzyniec Premium, również w małych butelkach, ale o normalnym kształcie i z białą etykietą. Oba były dobre, ale ten drugi był lepszy, szlachetniejszy w smaku, słodkawy, delikatny, ale mający w sobie pewną charakterystyczną, niepowtarzalną nutę smakową, którą pamiętam do dziś i wspominam z sentymentem. Mimo że obecnie nie uznałbym tego piwa za jakieś mega super dobre, to wtedy było czymś niezwykłym. Chętnie napiłbym się go dzisiaj, niestety to już niemożliwe, a i wtedy to piwo szybko znikło z rynku.

Również w tamtym czasie, zaczął się w Polsce szał na piwa miodowe. Było ich wtedy naprawdę sporo, dużo więcej, niż teraz. Moim pierwszym było Ciechan Miodowe, o którym krążyły opinie i legendy, że jest jedynym słusznym piwem miodowym i wszystko inne to albo syf albo za mało miodowe i TYLKO CIECHAN K***A!!! Ja tak nie uważałem, bo tenże miodowy Ciechan był dla mnie za słodki, strasznie mdły i smakował jak woda z miodem. W ogóle nie było w nim czuć piwa. Stwierdziłem, że nie ma sensu pić czegoś takiego. Lubiłem natomiast inne piwa miodowe, na przykład Trybunalskie z Perły czy Miodne z Kormorana. Wtedy była to jakaś odmiana od zwykłych lagerów, chociaż zaczęły się już pojawiać różne piwa regionalne inne niż Żywe i Koźlak.

DSCF8409Na przykład Magnusy i Nałęczowskie z browaru Jagiełło. Nałęczowskiego spróbowałem pierwszy raz będąc w Nałęczowie w 2008 roku. Pamiętam, że było wtedy transmitowane otwarcie Igrzysk Olimpijskich w Pekinie. Będąc wtedy w restauracji, wypiłem sobie właśnie Nałęczowskie (warzone oczywiście przez Jagiełłę w Pokrówce koło Chełma) i bardzo mi ono smakowało. Było w dwóch wersjach, jasne i ciemne. Ciemne było jednocześnie tym samym piwem, co Magnus w swojej podstawowej wersji. Magnusy były bowiem również we wszelkich możliwych smakach, takich jak śliwkowy, wiśniowy, żurawinowy, czekoladowy, toffi, miodowy, rumowy i cholera wie co jeszcze. Niestety były to smaki ze sztucznych dodatków… Na szczęście ja ich nie piłem, gustowałem tylko w zwykłym Magnusie, Nałęczowskim ciemnym i Lipcowym, które było bardzo dobrym lagerem, również z Jagiełły. Butelki od Magnusa niestety nie posiadam, bo etykiety były brzydkie i nie zachowały się w kolekcji, ale za to jest Nałęczowskie.

DSCF8407Na takich właśnie Jagiełłach i innych regionalnych piwach typu Świeże i Orkiszowe z Kormorana czy Noteckie, opierał się mój gust w latach 2008 – 2012, czyli całkiem długo. Kilka razy zdarzyło mi się też pić Raciborskie, ale dzisiaj się tego wstydzę. Nie odchodziłem też oczywiście od Perły, którą czasem lubię sobie wypić i dziś na jakichś imprezach i spotkaniach ze znajomymi. W tamtych latach testowałem również rozmaite Hefe-Weizeny, w większości niemieckie, ale też i polskie. Spróbowałem też pierwszego Witbiera, którym było Obołoń Białe, zakupione w Tesco. To był dopiero hit! Kolendra, cytrusy, kurde, w ogóle na początku nie wiedziałem, co to jest za styl i skąd się bierze ten super smak. Dowiedziałem się dopiero jakiś czas później…

DSCF8412Pijałem także we wspomnianym okresie piwa czeskie, które również bardzo mi smakowały. Pamiętam Pilsnera Urquella z czasów, gdy był warzony w Polsce. Super mega gorzkie piwo, które kupowałem raz na jakiś czas, gdy miałem ochotę na ekstremalne doznania. To było super. Jedno z najlepszych piw, jakie wtedy można było kupić. Teraz to już nie to samo… Ten czeski ma mniejszą goryczkę i więcej diacetylu. Mi bardziej smakował ten polski. Chociaż może teraz mi się wydaje, że goryczka jest mniejsza, bo zmieniła mi się percepcja smaku, ale wtedy to naprawdę było coś. A dla malkontentów, twierdzących, że Pilsner warzony w Polsce to był syf, który się nie umywał do czeskiego, proponuję przeczytać, co wyszło samym Czechom w ślepym teście -> LINK. Każdy dostał 3 próbki i miał zgadnąć, która skąd pochodzi. Wyniki były zaskakujące…

W latach 2008 – 2012 (bliżej 2008) miałem też pierwsze przygody z browarami restauracyjnymi. Pamiętam pierwszą wizytę w Brovarii w Poznaniu, gdzie dowiedziałem się w ogóle o idei browaru restauracyjnego i spróbowałem Weizena i miodowego. Bardzo smakowały mi te piwa, chociaż były dla mnie wtedy koszmarnie drogie (no bo 9zł za piwo to kurde co to ma być?!), ale i tak uznałem, że warto. Było to lepsze od sklepowych koncerniaków. Niedługo później odkryłem też browar restauracyjny w Lublinie, czyli Grodzka 15. Chodziłem tam co jakiś czas i mimo że wtedy w ofercie był tylko standard, czyli jasne, ciemne i pszeniczne, to i tak dawało radę coś dobrego wypić. Na przełomie 2012/2013 mieli już IPA.

DSCF8398Wiosną 2012 roku wyjechałem do Holandii na 2,5-miesięczne praktyki. Piłem tam głównie lagery, ale czasami próbowałem jakichś innych piw w belgijskich stylach, np. Hoegaarden, Heineken Oud Bruin, Heineken Lentebock, Duvel, Tripel Karmeliet itp. Pamiętam, że bardzo mi smakował wtedy właśnie Oud Bruin z Heinekena, był słodki i przypominał Magnusa… Jeszcze jedna ciekawa historia z Holandii. Mieszkaliśmy wtedy w wiosce Sexbierum w zachodniej Fryzji, nad Morzem Północnym. Kolega powiedział mi, że trzy wioski dalej, w miejscowości Minnertsga, znajduje się sklep, w którym można kupić polskie produkty. Było to trochę daleko, ale pojechałem tam rowerem i rzeczywiście, w sieciowym markecie było kilka półek z żywnością oraz piwem z Polski. Z piwa nic specjalnego, bo był to Żywiec, Tyskie i Warka Strong w puszkach. Zakupiłem więc Stronga (bo wtedy było to całkiem niezłe piwo jak na mój ówczesny gust) oraz paprykarz szczeciński, a ceny obu tych rzeczy wynosiły około 1 euro. Zdziwiłem się również, gdy spróbowałem tego piwa, bo miało wyraźny smak orzechów włoskich. Nigdy wcześniej ani później, nie trafiłem takiego smaku w Warce Strong. Nietypowa sytuacja…

 DSCF8414W 2012 roku pojechałem po raz pierwszy na Chmielaki do Krasnegostawu. Poznałem tam browar EDI, który oprócz smakowych wynalazków ze sztucznymi aromatami, serwował dwa w miarę normalne piwa – Wschowskie jasne i ciemne. To ciemne wypiłem na miejscu i było dziwne w smaku, słodkie, ale całkiem dobre. Jasnego postanowiłem spróbować po powrocie do domu. I co się okazało… Było niesamowicie super dobre! Teraz pewnie nikt mi nie uwierzy, nie mam też na to żadnych dowodów, ale to piwo smakowało jak normalne IPA. Bardzo gorzkie, bardzo mocno chmielowe, wyjątkowo aromatyczne. Mogę powiedzieć, że właśnie to piwo zmieniło moje postrzeganie chmielu i tego, jak w ogóle ten chmiel pachnie i smakuje. To było coś zupełnie innego, niż te piwa, które piłem wcześniej. Tak było, true story. Rok później niestety Wschowskie jasne smakowało zupełnie inaczej, bo goryczki i aromatu już nie było, pojawił się w zamian diacetyl… Ale to nie cała historia Chmielaków w 2012. Zakupiłem tam również swoją pierwszą butelkę Ataku Chmielu z Pinty. Wypiłem również w domu i… smakowało bardzo podobnie, jak Wschowskie jasne! Tak, wiem, trudno w to uwierzyć, ale Atak był tylko minimalnie lepszy. Podobny aromat (bardziej cytrusowy, bo amerykańskie chmiele), goryczka na podobnym poziomie, smak też zbliżony… No cóż, EDI raz w życiu miał swoje 5 minut chwały, później na powrót pogrążył się w mule… Szkoda, bo gdyby poszedł dalej tą drogą, co w 2012 roku, kto wie, może zupełnie inaczej potoczyłyby się jego losy… Wracając do Ataku Chmielu, to po wypiciu go stwierdziłem, że było to absolutnie najlepsze piwo, jakie piłem w swoim życiu i w końcu wiem, jak pachnie i smakuje chmiel, na dodatek amerykański. To była prawdziwa rewolucja w moim myśleniu i postrzeganiu smaku. Porzuciłem wtedy całkowicie słodkie piwa (koniec ery Magnusa) i przerzuciłem się na gorzkie, mocno chmielone. Dość szybko dorwałem Rowing Jacka i Black Hope, inne piwa z Pinty, jak również Zawiercie Bursztynowe, które było bardzo dobrym angielskim bitterem o mocnej goryczce. Szkoda, że teraz już go nie ma…

DSCF8413Tak właśnie doszedłem do obecnej sytuacji, gdzie moimi ulubionymi stylami są AIPA, APA i Black IPA, chociaż bardzo lubię też mocno chmielone pilsy (np. Pierwsza Pomoc), stouty i witbiery. Po prostu bardzo polubiłem chmiel i goryczkę. To jest właśnie to, czego teraz poszukuję w piwie. Wiadomo, jedni lubią słodkie (ja też kiedyś lubiłem), inni kwaśne, a jeszcze inni (tacy, jak ja) gorzkie i pachnące cytrusami i żywicami. W międzyczasie, w marcu 2013 roku zaczęła się też moja przygoda z piwowarstwem domowym, której początki opisałem już na blogu [LINK]. To również po części sprawiło, że jeszcze bardziej polubiłem piwa rzemieślnicze i nowofalowe. Poznałem proces tworzenia, zacząłem komponować własne receptury. I na razie nie zanosi się, abym przestał lubić amerykański chmiel, bo jeszcze mi się on nie przejadł, co więcej, zaczynam już wyczuwać różnice pomiędzy poszczególnymi odmianami i myślę, że to zainteresowanie będzie się u mnie dalej rozwijać. Szczególnie teraz, gdy co chwilę powstaje nowy browar rzemieślniczy i na rynek wchodzi coraz więcej nowych piw. Już teraz żyjemy w dobrych czasach dla piwnych hipsterów, a za parę lat będzie na pewno jeszcze ciekawiej!

Wszystkie butelki na zdjęciach pochodzą z mojej kolekcji.


Wrężel APA

DSCF8320

Browar – Wrężel (warzone w browarze Zarzecze)
Styl – American Pale Ale
Ekstrakt – 12° Blg
Alkohol – 4,8%

Browar kontraktowy Wrężel gościł już na moim blogu, kiedy opisywałem ich AIPA. Piwo było świetne, ale etykietę miało straszną, podobnie jak wcześniejsza wersja APA. Teraz, APA uzyskało nową etykietę, która jest milion razy lepsza od tamtych. Mogę nawet powiedzieć, że całkiem ładna. Zachęciła mnie tym bardziej do spróbowania tego piwa. Ktoś w końcu pomyślał i nie wygląda to teraz tak źle, jak kiedyś.

Piwo ma barwę klasyczną jak na APA, czyli złocistą i jest klarowne z lekkim, opalizującym zmętnieniem. W smaku i aromacie już nie jest jednak tak klasycznie (przynajmniej dla tego stylu) gdyż wyczuć tam można charakterystyczną, typową nutę angielskich koncernowych Ale i Bitterów, jak w piwach z browaru Greene King, Fuller’s itp. Taki lekko cytrusowo-trawiasty posmak i aromat. Pierwszy raz wyczuwam to w polskim piwie. Jest to ciekawe, bo myślałem, że ta nuta, po której można rozpoznać od razu angielskie Ale, występuje wyłącznie w piwach produkowanych na Wyspach i nigdy nie wiedziałem z czego ona wynika (może z chmielu?). Tak więc APA z Wrężla nie pachnie i nie smakuje tak, jak typowe APA z amerykańskimi chmielami. Bardzo mi natomiast przypomina piwo Yardbird z browaru Greene King. Są cytrusy, ale takie bardziej cytrynowe i bez nut mango, jest też posmak roślinno-trawiasty. Goryczka jest średnia, słodycz również, a piwo ogólnie jest ułożone i dobrze zbalansowane. Pije się je bardzo przyjemnie, jest smaczne, lekkie, orzeźwiające i mogę mu wystawić ocenę bardzo dobrą.

Tak więc Wrężel APA mimo użycia chmieli amerykańskich smakuje tak, jakby użyto do niego chmieli angielskich. Czy wynika to ze sposobu warzenia? Nie wiem, ale jest to dość interesujące zjawisko. Polecam spróbować i przekonać się samemu, a do porównania wziąć jakieś inne APA (np. King of Hop lub A ja pale ale) oraz coś z Greene Kinga.

Ocena ogólna – 5/6


Hefajstos – na św. Patryka

DSCF8298

Browar – Olimp
Styl – Smoked Stout
Ekstrakt – 13° Blg
Alkohol – 5%
IBU – 30

Wczoraj mieliśmy dzień św. Patryka, patrona Irlandii. Wszyscy kojarzą to wydarzenie z kolorem zielonym i (niestety) większość ludzi ma też na myśli zielone piwo. Że niby takie się pije w Irlandii. Tymczasem tak naprawdę, w Irlandii nie pije się żadnego zielonego piwa, tylko stouty. A najwięcej Guinessa. Tym właśnie świętuje się tam St. Patrick’s Day. Ja za Giunessem nie przepadam jakoś szczególnie, chociaż ma fajny kawowo-wędzony posmak, ale jest dla mnie zbyt wodnisty. Postanowiłem, że uczczę ten dzień jakimś innym stoutem, najlepiej takim, którego nigdy nie próbowałem. Tak się akurat złożyło, że na spróbowanie oczekiwał u mnie od kilku dni Hefajstos, smoked stout z browaru Olimp. Zdecydowałem, że mój wybór pada właśnie na niego.

W składzie mamy między innymi wędzone słody, a wśród nich grodziski (pszeniczny wędzony drewnem dębowym) oraz słód jęczmienny wędzony drewnem bukowym. Poza tym dużo innych słodów, już nie wędzonych, ale wzbogacających piwo o smaki czekoladowo-kawowe, karmelowe i palone. Do chmielenia użyto odmian polskich, Marynkę i Sybillę. Muszę jeszcze powiedzieć słowo o etykiecie, bo uważam, że jest świetna, genialna i bardzo dobrze przedstawia postać Hefajstosa, boga ognia i kowalstwa, mającego warsztat we wnętrzu wulkanu. Kolorystyka i wykonanie, to według mnie pierwsza klasa.

Barwa Hefajstosa jest czarna, jak przystało na stout. Do tego mamy ładną, beżową pianę. Z wyglądu piwo prezentuje się bardzo ładnie. W aromacie wyczuć można wyraźnie wędzonkę pomieszaną z ciemnymi słodami i kawą, chociaż nie jest to bardzo intensywny zapach. Mimo to, jest fajny, zachęcający do spróbowania. W smaku piwo jest dość łagodne i nie uderza żadnymi ekstremalnymi wartościami czy to goryczki, czy wędzonki czy też paloności. Jest raczej grzeczne i ułożone, ale wędzone, dymne smaki są tutaj jak najbardziej wyczuwalne. Jest to taka bardziej szynkowa wersja wędzonki, w odróżnieniu na przykład od torfowo-asfaltowo-kablowego Smoky Joe z AleBrowaru, który również jest wędzonym stoutem, ale tam został użyty słód dymiony torfem, a nie drewnem. Goryczka w Hefajstosie jest niska, a piwo jest półwytrawne i lekkie, co przy niskim wysyceniu czyni je bardzo pijalnym. Szybko znikło mi ze szklanki. Po skończeniu chciałem odruchowo łyknąć jeszcze raz, a piwa już nie było… A szkoda, bo smakowało mi.

Ogólnie jest to bardzo dobre piwo, jednak nie urzeka czymś szczególnie niezwykłym. Fajnie by było, gdyby było bardziej wędzone, bardziej palone i bardziej goryczkowe. Przyjemnie się pije, ale brakuje tu jakiegoś bardziej szczególnego charakteru.

Ocena ogólna – 5/6


Sabat Czarownic

DSCF7787

Browar – Perun
Styl – Dunkelweizen
Ekstrakt – 13° Blg
Alkohol – 5,8%

Sabat Czarownic z browaru Perun to jedno z ulubionych piw mojej dziewczyny i gdyby nie ona, to raczej bym go nie spróbował w wersji butelkowej, ale stwierdziłem, że skoro już mam okazję, to można jakąś recenzję zrobić. A zatem przedstawiam piwo w stylu Dunkelweizen, czyli ciemna pszenica. Nie jest to mój ulubiony styl, bo jak dla mnie, Dunkelweizeny są zbyt słodkie i mdłe, więc przed spróbowaniem podchodziłem do Sabatu Czarownic dość sceptycznie. A próbowałem już wcześniej, w wersji beczkowej, jednakże warunki do recenzji były marne, gdyż piwo to było jednym z wielu na „desce”, a w lokalu było dość ciemno. Wiedziałem zatem, czego mogę się spodziewać, próbując go z butelki.

To, co od razu przyciąga uwagę to barwa, a właściwie cały wygląd piwa. Takiego czegoś nigdy wcześniej nie widziałem. Miedziano-brązowe ze sporym zmętnieniem, ale nie całkowitym, dzięki czemu widać w nim aksamitną opalizację. Wygląda jak płynny karmel. Naprawdę pierwszy raz widzę takie piwo. Super! Za wygląd dostaje w nieoficjalnej skali 10/10. 😀 Etykieta z kotem też fajna. W aromacie, jak przystało na Weizena, wyczuwalne są bardzo dobrze banany oraz goździki, w tym przypadku jeszcze z niewielką domieszką karmelu. Zatem aromat jak najbardziej w porządku. W smaku na początku jest bardzo bananowe, po kilku łykach do głosu dochodzą również goździki, których w tym piwie jest całkiem sporo. Oczywiście nie takich prawdziwych, są to przecież aromaty wytwarzane przez drożdże podczas fermentacji (tak samo banany). Karmelu w smaku jest o dziwo mało i piwo przypomina normalnego, jasnego Hefe-Weizena. Nie jest też bardzo słodkie, przez co nie mam problemów, żeby je wypić. Mały minus za to, że pod koniec szklanki, wyczuć można alkohol. Ogólnie jednak jest bardzo dobrze. Niby dunkel, ale nie aż tak ciemny i smakujący jak jasny. Wielbicielom piw pszenicznych szczerze polecam spróbować!

Ocena ogólna – 5/6


Jules – Bad Motherfucker

DSCF7801

Browar – Wąsosz
Styl – Cascadian Dark Ale
Ekstrakt – 15° Blg
Alkohol – 4,9%
IBU – 55

BAD MOTHERFUCKER – taki właśnie napis widniał na portfelu Julesa, płatnego zabójcy z filmu Pulp Fiction. Filmu kultowego, przez większość osób, którzy go oglądali, uważanego za kultowy (reszta nie rozumie fabuły). Jules, grany przez Samuela L. Jacksona jest zdecydowanie moją ulubioną postacią z Pulp Fiction (głównie dzięki scenie, którą podlinkowałem pod wpisem). Ostatnio również browar Wąsosz docenił Julesa, umieszczając jego wąsy na etykiecie piwa nazwanego jego imieniem, a jest to Cascadian Dark Ale, zwane czasem również Black IPA. Czyli osoba została dobrze dobrana do barwy piwa. 😀

Barwa piwa jest rzeczywiście czarna, tak, jak widać na zdjęciu, poza tym ma ono ładną, beżową pianę. Aromat Julesa jest chmielowy, ale mimo użycia amerykańskich odmian chmielu Chinook i Cascade, nie czuć w nim za wiele cytrusów, mango i żywic, jest to raczej bardziej ziołowa wersja. Poza tym doszukać się można akcentów słodowych oraz słonecznikowych. Jeśli chodzi o smak, to miałem wrażenie, jakbym pił piwo domowe. Jest tam pewna charakterystyczna nuta typowa dla piw domowej roboty. Może wynika to z tego, że alkohol jest tu lekko wyczuwalny, a oprócz niego jest też sporo estrów i być może wyższych alkoholi. Natomiast baza słodowa i chmielenie powodują wrażenie podobieństwa do Bojana Black IPA (przynajmniej z pierwszych warek, nie wiem jak jest teraz). Wyczułem to ostatnio w kilku piwach w tym stylu, chociaż nie we wszystkich (w Lost Weekend nie było na przykład). Jest to smak trudny do opisania, ale charakterystyczny. Może się trochę kojarzyć z prażonym słonecznikiem, a tej nuty smakowej jest tutaj sporo. Mało jest natomiast posmaków palonych, nie ma żadnego popiołu czy kawy. Goryczka jest na średnim poziomie, pełnia również, przez co piwo jest dość łagodne i nie szokuje. Pijalne, poprawne, lecz nie jest zaskakujące. Ogólnie bardzo dobre.

Takie właśnie są piwa z Wąsosza, które miałem okazję pić. Wszystkie poprawne, ale żadne nie urywa dupy, chociaż pije się je przyjemnie. Browar Wąsosz jednak woli być trochę bardziej grzeczny, niż sam Jules i nie szokować, tylko serwować piwa w klasycznych interpretacjach stylu.

Ocena ogólna – 5/6


Lost Weekend

DSCF7786

Browar – Raduga
Styl – Rye India Black Ale
Ekstrakt – ???
Alkohol – 6,5%
IBU – 70

Dziś piwo z browaru kontraktowego Raduga, który stylistyką nawiązuje do starych filmów, będących klasyką kina. Ich najnowsze piwo, Lost Weekend w stylu Rye India Black Ale (żytnie ciemnie IPA), nosi tytuł filmu „Stracony weekend” z 1945 roku. Przyznam szczerze, że nie oglądałem go, a nawet nigdy wcześniej o nim nie słyszałem, bo nie przepadam za czarno-białym kinem, ale wierzę, że jest to zacny film, wszak dostał Oskara jako najlepszy film roku. Dzięki niemu, piwo ma też świetną etykietę.

A zatem przejdźmy do samego piwa, które rzeczywiście jest czarne, zgodnie z nazwą stylu. W aromacie wyczuć można wyraźnie amerykańskie chmiele (cytrusowo-żywiczne) oraz nuty ciemnych słodów, ale już w niższym natężeniu. W smaku obecny jest oczywiście chmiel, który nadaje piwu średnio-wysoką goryczkę, a w połączeniu z ciemnymi słodami tworzy charakterystyczną dla stylu nutę prażonego słonecznika. Piwo nie jest mocno palone, co odróżnia je od stoutów i ogólnie można powiedzieć, że jest doskonale zbalansowane. Świetnie ułożone, średnio słodkie i pełne w smaku, co zapewne jest zasługą słodu żytniego. Bardzo pijalne, bardzo smaczne i przyjemne dla podniebienia.

Jest to czwarte piwo z browaru Raduga, które piłem (recenzje poprzednich pojawią się w miarę możliwości) i jak zawsze wykonane jest perfekcyjnie. Klasyka gatunku, której warto spróbować. Śmiało mogę postawić najwyższą ocenę.

Ocena ogólna – 6/6


Piwne Podziemie – Tropicalia (z beczki do peta)

DSCF7791

Browar – Piwne Podziemie
Styl – Session IPA
Ekstrakt – 11,3° Blg
Alkohol – 4,7%

O browarze Piwne Podziemie pisałem już przy okazji premiery, która odbyła się w pubie U Fotografa. W tym właśnie lokalu próbowałem również wielu innych piw z tego browaru, oczywiście lanych z beczki, ponieważ Piwne Podziemie swoich piw nie butelkuje. Nie było więc nigdy dobrych warunków do zrobienia zdjęcia i napisania recenzji. Teraz sytuacja się zmieniła. Dokładnie wczoraj, sklep Alkohole Świata przy ul. Wieniawskiej w Lublinie uruchomił nalewaki do napełniania plastikowych butelek (podobnie jak np. w pubie Piw Paw w Warszawie). Można aktualnie kupić tam cztery różne piwa beczkowe, które sprzedawane są w butelkach litrowych z etykietą zastępczą. Szkoda, że nie da się wziąć butelki półlitrowej, bo piwo musi być wypite jak najszybciej, a nie zawsze znajdzie się druga osoba do degustacji, ale i tak według mnie jest to ciekawa inicjatywa. Postanowiłem sprawdzić, jak zachowuje się piwo nalane z beczki do butelki oraz zrecenzować najnowszy produkt z Piwnego Podziemia, pierwsze piwo z zapowiadanej serii Mega IPA Project.

Piwo jest dobrze nagazowane (nie za mocno, ale jest to w pełni akceptowalny poziom, nie mam żadnych zastrzeżeń), nalewa się z ładną pianą i w ogóle nie jest zepsute. Jest dokładnie takie same, jak nalewane z kranu w pubie albo z normalnej butelki. Nie widzę tutaj żadnej różnicy i o ile zostanie wypite w ciągu kilku dni od zakupu (a najlepiej tego samego dnia), nie powinno być absolutnie żadnych problemów. Aromat „Tropicalia” jest świetny! Owoce tropikalne, cytrusy, lekka żywica, czyli najlepsze, co mogą nam dać amerykańskie i pacyficzne chmiele. A użyto tutaj wielu odmian: Ahtanum, Citra, Galaxy, Nelson Sauvin, Amarillo, Warrior, Chinook i Columbus. Niezła mieszanka. Chmiele obecne są również w smaku w postaci owoców, takich, jak w aromacie oraz goryczki, która jest raczej niska, ale wyczuwalna. Piwo jest bardzo lekkie (wszak ekstraktu mamy tutaj tylko 11,3°), wytrawne i niesamowicie pijalne. Cały czas ma się ochotę na następny łyk. Niezwykle orzeźwiające, cytrusowe, chmielowe, idealne na lato (lepiej by się to piło podczas upału, ale teraz też jest super). Po wypiciu połowy szklanki, aromat zmienia się trochę i czuć w nim także granulat chmielowy, ale jest to również przyjemny zapach. Ogólnie, co do tego piwa nie mam żadnych zastrzeżeń. Bardzo mi smakuje i zasługuje na najwyższą ocenę.

A co do zainstalowania nalewaka w sklepie, to uważam, że jest to świetny pomysł. Wszystko działa jak należy, piwo jest bardzo dobre, obsługa fachowa, także należą się gratulacje za tę inicjatywę. To pierwsze miejsce w Lublinie, gdzie można kupić beczkowe piwo na wynos, a ma to sporo zalet. Można we własnym domu spróbować piwa, które nie jest dostępne w butelkach, a cena jest niższa, niż w knajpie. Dzięki temu można też na spokojnie zrobić zdjęcie i recenzję. Wiadomo, że nie ma tego klimatu, co w pubie i oczywiście nie przestanę chodzić do Fotografa. Co jakiś czas jednak będę próbował różnych beczkowych wynalazków również we własnym domu. Polecam wszystkim taką formę zakupu piwa. Nie bać się, nie mamrotać pod nosem, tylko spróbować!

Ocena ogólna – 6/6