Monthly Archives: Luty 2015

Hopus Pokus Czary Mary…

DSCF7391

Browar – Pinta
Styl – Black IPA
Ekstrakt – 16,5° Blg
Alkohol – 6,3%
IBU – 66

Hopus Pokus to drugie Black IPA, które stworzyła Pinta. Pierwsze było ŻytoRillo, charakteryzujące się dodatkiem słodu żytniego, natomiast Hopus Pokus to taka klasyczna wersja tego stylu (o ile można powiedzieć o jakiejkolwiek klasyce, jeśli chodzi o Black IPA). Etykieta, jak na Pintę jest moim zdaniem słaba, reazem z Das IPA, należy do najgorszych, jakie zrobili. Chociaż nazwa jest fajna. Hokus został zamieniony na Hopus, od chmielu oczywiście. Typowo pintowy zabieg słowotwórczy. 😉

To, co od razu mnie zaskoczyło, to piana, która była potężna i po nalaniu zajmowała więcej miejsca, niż piwo. A gdy chciałem dolać trochę po opadnięciu, wylazła mi ze szklanki. Aromat jest słodowo-chmielowy, ale mało intensywny. Wyczuwam tam owoce tropikalne, żywice w stylu chmielu Simcoe oraz trochę ciemnych słodów. Trzeba jednak głęboko się zaciągać żeby te rzeczy wyczuć. Może to wina tego, że to piwo trochę czekało na swoją kolej i nie jest bardzo świeże, no ale nie jest wcale tak źle. W smaku raczej słodkie, z niską goryczką (kurde, spodziewałem się wysokiej, przecież to Pinta!), wyczuwalne są lekko nuty czekoladowe oraz prażonego słonecznika, ale jest to naprawdę delikatny poziom. Po przełknięciu daje się wyczuć również lekki posmak kawowy. Cholera, tylko dlaczego to piwo jest tak mało wyraziste?! Strasznie ułagodzone, grzeczne, normalnie jak z jakiegoś browaru „regionalnego”. Trzeba bardzo intensywnie się wwąchiwać i wsmakowywać, żeby coś konkretnego poczuć. Sam smak i aromat są bardzo dobre, ale można byłoby je podnieść do trzeciej potęgi, wtedy byłoby naprawdę fajnie i bardziej „craftowo”. Zwłaszcza goryczki mi tu brakuje. Zbyt grzeczne jest to piwo.

No cóż, Pinta nie zaczarowała mnie tym piwem. Jest całkiem niezłe, ale oczekiwałem o wiele więcej. Czekam z niecierpliwością na coś nowego i lepszego!

Ocena ogólna – 4/6


Demeter z browaru Olimp

DSCF7390

Browar – Olimp
Styl – American IPA
Ekstrakt – 15° Blg
Alkohol – 6%

Kolejne piwo z Olimpu, tym razem Demeter, bogini ziemi uprawnej, urodzaju, rolnictwa, zbóż itp, siostra Zeusa, matka Persefony (niedawno o niej pisałem), której ojcem, co ciekawe, był Zeus. Niezły huncwot z tego Zeusa, żeby tak z własną siostrą (i to nawet nie jedną), no ale kto bogatemu zabroni… W dodatku szefowi wszystkich szefów. No cóż, Zeusa na razie zostawmy w spokoju (w sumie bardzo dobre piwo z niego było), zajmijmy się Demeter. Jak przystało na rodzicielkę, jest od Persefony bardziej dojrzała, to znaczy ma więcej alkoholu i ekstraktu. Jest przecież amerykańską IPĄ. Chmielu też powinna mieć trochę więcej. A tym, co wyróżnia ją na tle innych w tym stylu, to dodatek skórki z pomarańczy, cytryny oraz trawy cytrynowej. No i również bardzo ładnie prezentuje się na etykiecie, która jest zielona i roślinna, kojarząca się bardziej z lasem, niż z rolnictwem, no ale i tak jest fajna.

Barwa jest trochę ciemniejsza, niż w przypadku Persefony, dostrzegam też niewielkie zmętnienie. W składzie widzę słód karmelowy 600, ale chyba dodano go bardzo mało, bo piwo ma kolor jasnobursztynowy, a ten słód jest dość ciemny. W aromacie wyczuwalne są głównie amerykańskie chmiele, ale w formie bardziej żywicznej niż cytrusowej (chociaż cytrusy też troszkę czuć). Przypomina mi to chmiel Simcoe, który, jak wyczytałem na etykiecie, został właśnie użyty do tego piwa. Ogólnie aromat na plus. W smaku jest słodkie, pełne, z delikatną nutą jasnego karmelu i solidną, mocną goryczką. Obecny jest również smak chmielowy w postaci cytrusów, ale nie jest on jakoś szczególnie bardzo intensywny. Po wypiciu 2/3 szklanki, alkohol zaczyna być trochę wyczuwalny, więc pije się to piwo już trochę gorzej, ale ogólnie, to jest OK. Nie ma tu czegoś szczególnie zaskakującego, nie ma też żadnych wad.

Zaraz, zaraz… a gdzie te cytrusowe skórki i trawa cytrynowa? Czy zapomniałem o nich napisać? No cóż… napisałbym, gdybym je zauważył. Skład przeczytałem dopiero po wypiciu piwa, a wcześniej nic nie wiedziałem o tych dodatkach. Nie było czuć w ogóle zwiększonej ilości cytrusów w tym piwie, więc nie spodziewałem się, że jest tam coś więcej, niż Reinheitsgebot. Może trzeba było więcej wsypać tych skórek i trawy. Mimo wszystko, piwo oceniam jako bardzo dobre, bo smakowało mi i wypiłem je z przyjemnością. 🙂

Ocena ogólna – 5/6

 


Doctor Brew – Centennial IPA

DSCF7389

Browar – Doctor Brew
Styl – American IPA
Ekstrakt – 16° Blg
Alkohol – 6,2%
IBU – 71

Browar kontraktowy Doctor Brew posiada w swojej ofercie kilka piw chmielonych tylko jedną odmianą chmielu, tzw. „single hop”. Jednym z nich jest IPA chmielone odmianą Centennial, pochodzącą z USA. Ogólnie jest to fajny pomysł, ponieważ można sprawdzić, jakie właściwości aromatyczno-smakowe ma jedna konkretna odmiana, bo w mieszance tego ocenić się nie da. Nigdy nie piłem piwa single hop Centennial, więc byłem ciekawy, jak będzie smakowało, tym bardziej, że nie jest to najpopularniejsza odmiana chmielu.

Barwa piwa jest standardowa, jak na AIPA, czyli miodowa z charakterystycznym dla Doctora zmętnieniem. Aromat z butelki i tuż po przelaniu do szklanki jest super! Niesamowicie owocowy, czuć w nim cytrusy, mango, marakuję, do tego domieszane są akcenty żywiczne. Można wąchać i wąchać. Smak na początku również jest super. Tak samo owocowy, do tego mamy fajną, grejpfrutową goryczkę na poziomie średnio-wysokim (mimo 71 IBU odczuwam znacznie mniejszą goryczkę, niż w Trzypalczastym Goblinie, który miał podobno 45 IBU). Niestety każdy kolejny łyk jest coraz mniej chmielowy. Za połową szklanki już dość mocno czuć alkohol, również goryczka nabiera alkoholowego charakteru. Aromat gdzieś się ulatnia i pod sam koniec zostaje tylko trudne do przełknięcia, średnio słodkie i mocno alkoholowe piwo, którego nie pije się zbyt przyjemnie. Sam chmiel Centennial jako odmiana jest moim zdaniem świetny, owocowy i bardzo aromatyczny, natomiast wykonanie tego piwa to już druga sprawa. Myślę, że do single hopów, do testowania odmian, bardziej nadaje się styl American Pale Ale, który ma mniejszy ekstrakt, a co za tym idzie mniej słodyczy i alkoholu, dzięki czemu walory chmielu nie są niczym przykrywane i są łatwiej wyczuwalne. Tutaj natomiast mamy pod koniec alkoholową gorycz, jak w jakimś najtańszym „super mocnym” w puszce z supermarketu.

Nie wiem, jak mam ocenić to piwo, bo na początku smakowało zupełnie inaczej, niż na końcu. Może coś takiego tym razem:

Pierwszy łyk – 6/6
Do połowy szklanki – 5/6
Za połową szklanki – 4/6
Ostatnie łyki – 3/6

Nigdy nie zamierzałem się bawić w ułamkowe oceny, więc naciągam nieco w górę i stawiam BDB. Chociażby za aromat na początku.

Ocena ogólna – 5/6


Trzypalczasty Goblin z Chmielogrodu

DSCF7365

Browar – Browar Piwna Gdańsk
Styl – Black American Wheat
Ekstrakt – 14,5° Blg
Alkohol – 6,1%
IBU – 45

Chmielogród to projekt wywodzący się z Gdańska, w którym bierze udział Browar Piwna oraz kilka osób bliżej związanych z piwowarstwem rzemieślniczym. O samej inicjatywie, jak i o wszystkich jej uczestnikach, można przeczytać [tutaj]. Słyszałem o tym jakiś czas temu i pomysł bardzo mi się spodobał. Również etykiety i nazwy piw przypadły mi do gustu, ale zawsze myślałem, że nie będę mógł spróbować żadnego piwa z Chmielogrodu, bo są one dostępne tylko w Gdańsku i okolicach. Aż tu nagle, pewnego dnia, do lubelskich sklepów trafił Trzypalczasty Goblin, najnowsze piwo z serii. Stwierdziłem, że to świetna okazja i zakupiłem jedną butelkę. Trzypalczasty Goblin powstał we współpracy z Bartoszem Nowakiem z blogu Małe Piwko, a jego styl to Black American Wheat, czyli czarna amerykańska pszenica. Normalne American Wheat to jasne piwo pszeniczne z dość niską goryczką, chmielone odmianami amerykańskimi. Ogólnie lekkie i orzeźwiające. Tutaj mamy jego ciemną wersję, dodatkowo zwiększony jest ekstrakt, więc jest to coś w stylu Black IPA ze słodem pszenicznym. Dobra, tyle teorii, przejdźmy do degustacji!

Piwo, jak sama nazwa wskazuje, jest czarne i nieprzejrzyste. Aromat bardzo dobry, wyczuwalne są głównie amerykańskie chmiele w postaci cytrusów z nutą żywiczną, poza tym gdzieś w tle czai się echo ciemnych słodów. Wszystko OK, przynajmniej u mnie, bo słyszałem opinie, że w tym piwie wyczuwalny jest zapach kanalizacji, ale ja go nie stwierdziłem w ogóle. Może do tych innych butelek wkładał palce sam trzypalczasty goblin, który właśnie wyszedł z wychodka (tak, jak głosi historia na etykiecie), ale „moje chyba jest w porządku”.

Po pierwszym łyku byłem zaskoczony. O kurde, jakie gorzkie! Co ten goblin mi dał?!? Zupełnie się nie spodziewałem tak silnej goryczki w piwie, którego styl określany jest jako Black American Wheat. Ale hmm… I’m OK with this! Podoba mi się taki stan rzeczy. Goblin okazał się być podstępny i trochę mnie oszukał. Najpierw mówił, że będzie spokojnie, a potem zaatakował z zaskoczenia. Ja jednak wcale zły na niego nie byłem, tylko przybiłem mu piątkę (a z jego strony to chyba była trójka) i z wyrazem podziwu na twarzy piłem piwo, które było nie tylko gorzkie, ale też lekko słodkie i wypełnione smakiem oraz aromatem amerykańskich chmieli. Pojawiały się w nim też nuty palone, lekko kawowe, ale dopiero po przełknięciu, bowiem na samym początku, przy pierwszym łyku, piwo smakowało tak, jakby było jasne. Tylko coś tu mi nie pasuje to 45 IBU, bo wydaje mi się, że w tym piwie jest o wiele więcej, ale dzięki temu mogę powiedzieć, że to piwo zaskakuje! Również wszystkie inne cechy tego piwa są jak najbardziej pozytywne. Nie ma się do czego przyczepić.

Muszę przyznać, że Trzypalczasty Goblin to świetne Black IPA. Porządnie zrobione, porządnie nachmielone. Bardzo mi smakowało i z przyjemnością wystawiam mu najwyższą ocenę.

Ocena ogólna – 6/6


Persefona

DSCF7347

Browar – Olimp
Styl – American Pale Ale
Ekstrakt – 13° Blg
Alkohol – 5%

Ostatnio browar Olimp naprodukował tyle nowych piw, że już trudno się w tym połapać. Jedną z tych nowości jest Persefona – American Pale Ale chmielone odmianami Tomahawk, Topaz i Chinook. Postanowiłem, że spróbuję.

Persefona w mitologii greckiej była córką Zeusa i Demeter (takie piwa Olimp również uwarzył i były to Imperial IPA oraz AIPA), a jednocześnie żoną Hadesa (także zagościł w ofercie Olimpu), co czyniło ją władczynią podziemnego świata i opiekunką dusz zmarłych. Dlatego zapewne etykieta jest właśnie w takich, a nie innych barwach. Muszę przyznać, że jest świetna, jedna z najlepszych etykiet Olimpu jak do tej pory.

Barwa jest typowa dla pale ale, czyli ciemno-złocista (albo jasno-bursztynowa). Piwo jest klarowne i nalewa się ze średniej wielkości pianą. W aromacie od razu wyczuwalne są amerykańskie chmiele w postaci owoców cytrusowych i mango, z domieszką żywic. Jest to bardzo typowy aromat dla tego stylu, a jednocześnie przyjemny i zachęcający do spróbowania. Po spróbowaniu okazuje się, że również w smaku jest bardzo dobrze. Piwo jest wytrawne, czyli mało słodkie, z dość mocną goryczką, która pozostaje długo na języku. Trochę garbników może również tu jest, bo pojawia się wrażenie ściągania, ale nie jest to wcale jakieś przeszkadzające, bo owa cecha nie występuje tutaj w stanie wielce nasilonym. Także mamy tu do czynienia z APA w stylu West Coast, czyli takim jasnym i bardzo wytrawnym, goryczkowym. I mimo tej wytrawności, piwo w ogóle nie jest wodniste, a alkohol jest niewyczuwalny. Bardzo dobrze wykonane. Nie ma się do czego przyczepić, żadnych wad nie stwierdziłem.

Bardzo dobre piwo, chociaż brakuje mu jakiejś cechy, która powodowałaby ten efekt WOW, sprawiający, że piwo dostaje u mnie najwyższą ocenę. Jest po prostu świetnie wpisujące się w swój styl i porządnie zrobione. Mogę też powiedzieć, że to jest zdecydowanie piwo nie dla osób, które lubią słodkie i niegorzkie. Ale ja tam lubię takie, jak Persefona właśnie. 😉

Ocena ogólna – 5/6


Viva la wita!

DSCF7346

Browar – Pinta
Styl – Imperial Witbier
Ekstrakt – 16,5° Blg
Alkohol – 5,7%
IBU – 28

Ileż to już razy piłem Viva la wita… dużo. Pierwszy raz już ponad dwa lata temu, a zdarzało się i później. I właśnie w tych późniejszych czasach, niemal zawsze okazywało się, że akurat w tym piwie jest diacetyl. No nie mogłem po prostu trafić na żadną warkę Viva la wita, w której nie było diacetylu. Zawsze powtarzałem wtedy, że to szkoda, iż takie dobre piwo ma wadę, nie pozwalającą w pełni cieszyć się jego smakiem. A przecież może to być smak bardzo dobry,  gdyż to piwo jest mocniejszą wersją belgijskiego Witbiera, wzbogaconą dodatkiem amerykańskiego chmielu. Jak dotąd to jedyne takie piwo na polskim rynku. Normalnie, Witbiery nie przekraczają ekstraktu 12º Blg, a w przypadku imperialnego Witbiera z Pinty, jest to aż 16,5º Blg.

Kolor ładny, żółtopomarańczowy ze sporym zmętnieniem. Piana jakoś słabo się tworzy, no cóż, bywa. 😉 W aromacie wyczuć można głównie pomarańcze oraz kolendrę, w tle obecny jest również chmiel amerykański oraz charakterystyczna nuta zapachowa produkowana przez drożdże S-33. Nie potrafię jej dokładnie opisać, ale kojarzy mi się trochę z takim lekiem osłonowym do antybiotyków o nazwie Lakcid. Przyjemny to aromat i nie uznaję go za coś niepożądanego, do wita pasuje jak najbardziej. W smaku jest baaardzo pomarańczowo. Mimo że dodana została tylko skórka, mam wrażenie, że przez przypadek wleciało też trochę miąższu. Bardzo dobre to jest. Dodatkowo wyczuwalna jest kolendra i trochę chmielu. Goryczka jest niska, ale całkiem dobrze wyczuwalna. Piwo jest bardzo pełne, treściwe i dość słodkie. Wynika to z płytkiego odfermentowania. 5,7% alkoholu, koncerny wyciągają przecież z brzeczki 12° Blg, a tutaj mamy 16,5. Dużo cukrów pozostało więc nieprzefermentowanych i są obecne w gotowym piwie. Wysycenie jest niskie (może dlatego piana była słaba), co jeszcze potęguje wrażenie pełni. Mimo to, nie jest zamulające i pije się je bardzo przyjemne. No i najważniejsze: w ogóle nie ma diacetylu! W końcu! Dałem temu piwu kolejną szansę i opłaciło się. Nareszcie smakuje tak, jak powinno.

Podsumowując, przyznać muszę, że jest to naprawdę świetne piwo! Zachowuje wszystkie cechy Witbiera i potęguje je, przez co jest bardziej wyraziste i pełne smaku. Piłbym często, szkoda że cena tak wysoka (9 zł, poza Lublinem na pewno niższa, ale nie będę wyjeżdżał z miasta po jedno piwo 😉 ). Polecam wszystkim, bo nawet nielubiącym goryczki, będzie smakowało.

Ocena ogólna – 6/6


Czarny Wdowiec

DSCF7345

Browar – Piwoteka (warzone w Browarze Tarczyn)
Styl – American Stout
Ekstrakt – 12° Blg
Alkohol – 5%

Piwo Czarny Wdowiec zapisało się w historii polskiego piwowarstwa już przy pierwszej warce. To właśnie dzięki niemu, do użytku weszło określenie „duch kraftu”. A zaczęło się od tego, że kontraktowy browar Piwoteka z Łodzi, uwarzył piwo będące stoutem o bardzo wysokiej goryczce, przekraczającej 100 IBU. Przy okazji wyszło na jaw, że do warzenia został użyty oprócz chmielu w granulacie, również ekstrakt chmielowy (tak, właśnie to zło, którego używają wielkie koncerny). Podczas degustacji, Tomek Kopyra z blogu blog.kopyra.com stwierdził dobitnie, iż „to chyba nie jest k***a zgodne z duchem kraftu!” I tak właśnie duch kraftu stał się patronem i strażnikiem dobrej praktyki w piwowarstwie rzemieślniczym. Obecna warka Czarnego Wdowca jest już z duchem kraftu zgodna, gdyż ekstraktu chmielowego nie zawiera. Marcin Chmielarz (autor receptury) użył tylko chmielu w jego naturalnej (choć sprasowanej) postaci, a były to odmiany Pilgrim, Target oraz Simcoe. Zasyp słodowy jest dość skomplikowany i zawiera dużo składników, dlatego nie będę go już tutaj przytaczał, dodam tylko, że w skład wchodzi palony jęczmień, a zatem mamy zapewne do czynienia ze stoutem, chociaż na etykiecie nie ma informacji o stylu. A jeśli już jesteśmy w temacie etykiety, to muszę przyznać, że bardzo mi się ona podoba. Jest inna, niż w pierwszej wersji, chyba nawet lepsza. Taka stylowa, minimalistyczna, również klimatyczna i mroczna. Na uwagę zasługuje też data ważności pisana ręcznie długopisem. Dość krótki termin, więc domyślam się, że piwo jest niepasteryzowane.

Cieszę się, że udało mi się kupić to piwo, bo myślałem, że nigdy go nie spróbuję. W Lublinie nie da się go dostać (no chyba że jest gdzieś, ale o tym nie wiem). Akurat tak się złożyło, że niedawno byłem w Łodzi i postanowiłem odwiedzić Piwotekę, a skoro tam już trafiłem, to musiałem zakupić Czarnego Wdowca. Przy okazji pozdrawiam sprzedawcę! 😉

Czarny Wdowiec ma barwę całkowicie czarną i jest totalnie nieprzejrzysty, jak smoła zmieszana z sadzą. Intrygujące… Aromat również ciekawy, bo czuć w nim kawę oraz popiół albo spalone drewno, czyli nuty mocno palone. Nie czuć natomiast w ogóle chmielu, widocznie nie było chmielenia na zimno. A smak… uuuuooo kuuurna! Po pierwszym łyku aż mnie wykręciło. Cholera, to jest dopiero piwo! Wytrawne do bólu, a przy tym niesamowicie mocno palone, kawowe, popiołowe z potężną, srogą goryczką (na etykiecie nie ma informacji o wielkości IBU, ale słyszałem, że jest to liczba 115). Naprawdę ekstremalne. Nie będę się czepiał w ogóle tego, że coś jest tutaj przesadzone, że czegoś jest za dużo, za bardzo, bo wiem, że to właśnie takie miało być. I mi to jak najbardziej pasuje! To jest właśnie takie piwo, które się zapamiętuje na długo. Najbardziej spalone i popiołowe, jakie piłem, również jedno z najbardziej gorzkich. Oczywiście, efekt WOW jest najmocniejszy po kilku pierwszych łykach, później już można się przyzwyczaić do tego smaku i pije się to piwo normalnie, jak każde inne, ale pierwsze wrażenie pozostaje w pamięci.

Niesamowite piwo, warte spróbowania. Słyszałem opinie takich wiecznie niezadowolonych, że to słabe, że dupy nie urywa, albo że przesadzone i przekombinowane, ale co tam, Haters Gonna Hate, mi Czarny Wdowiec smakuje i uważam, że jest to jedno z najlepszych piw, jakie próbowałem. Naprawdę dobra robota. Najwyższa ocena należy się bezapelacyjnie.

Ocena ogólna – 6/6